W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies.
Ukryj komunikat


„W przypadku zabójstwa jakaś cząstka człowieka umiera też w sprawcy” - wywiad z Katarzyną Bondą

Opublikowano: 2014-06-12
Wywiad z Katarzyną Bondą - królową polskiego kryminału.
Z wykształcenia jest dziennikarką. Miała okazję rozmawiać z najgroźniejszymi przestępcami i mordercami w Polsce.

Potrafi spędzać godziny w sądach, więzieniach, aresztach. Jak sama mówi: lubi zdejmować ludziom maski z twarzy i odkrywać sekrety. Katarzyna Bonda – pisarka, scenarzystka, dokumentalistka specjalizująca się w tematyce kryminalnej – ma na swoim koncie siedem książek, najnowsza z nich - „Pochłaniacz” - właśnie pojawiła się w księgarniach.

Joanna Sieg: Jest Pani z wykształcenia dziennikarką. Pracowała Pani w prestiżowych czasopismach jak „Newsweek” czy „Wprost”. Ja również z wykształcenia jestem dziennikarką tak jak Pani, także interesuje się detektywistyką, kryminalistyką oraz patologią sądową. Chciałam nawet ukończyć kurs detektywistyczny. Może jeszcze nie jest za późno i warto to zrealizować. Natomiast Pani w pewnym momencie życia postawiła na pisanie właśnie na wyżej wymienione tematy. Skąd ten pomysł?
Katarzyna Bonda: Swego rodzaju infekcja tymi zagadnieniami nastąpiła pewnie w czasie, kiedy trafiłam do „Expressu Wieczornego”, a potem „Super Expressu” (to były zupełnie inne popołudniówki niż dzisiejsze tabloidy). Wówczas jako bardzo młoda dziewczyna (nie miałam 20 lat) dostałam w spadku „działkę” sądową. Nikt jej nie chciał. Wszystkim wydawała się nudna, pracochłonna i nieefektywna. Koledzy z redakcji byli zainteresowani głównie wyrokiem, ponieważ to on warunkował czy tekst się ukaże, czy też nie. Pitavale (ogólna nazwa publikacji wydanej drukiem, zawierającej publicystycznie opracowany zbiór sprawozdań z głośnych rozpraw sądowych w sprawach kryminalnych, rzadziej innych, np. cywilnych) to bardzo specyficzna działka. Wymaga, aby dziennikarz był na bieżąco ze sprawami trafiającymi do sądu, musi znać adwokatów, prokuratorów, sędziów, a najlepiej panie w sekretariatach, które podsuną co ciekawsze sprawy, jeśli jeszcze samemu nie widzi się tego, co sprawozdawca sądowy widzieć powinien. I co najgorsze musi czytać akta – czasami po 20 tomów. Ja lubiłam je czytać, można nawet powiedzieć, że robiłam to obsesyjnie. Dosyć szybko odkryłam, że w tych suchych policyjnych i prokuratorskich protokołach są wspaniałe, nieprawdopodobne, oszałamiające (choć często straszne) historie ludzkie. Nierzadko niemalże greckie tragedie, czasem kameralne, zwykle rodzinne, ale w których biorą udział nie tylko sprawca i ofiara, ale też wiele pobocznych postaci. Zrewolucjonizowałam całkowicie postrzeganie opowieści z sądu. Pisałam tak, jakby to były thrillery, melodramaty, kryminały. W tym samym roku dostałam prestiżową nagrodę za Debiut Roku przyznawaną przez czytelników. Potem, praktycznie przez następne lata, moje zainteresowanie oscylowało wokół tej tematyki. W „Newsweeku” z kolei wpadłam jak śliwka w kompot, bo trafiłam do najlepszego – społecznego - działu, a tam było bardzo duże zapotrzebowanie na artykuły o takiej tematyce. Lubię odkrywać sekrety i zdejmować ludziom maski z twarzy. Każdy z nas nosi ich kilka na różne okazje.

Joanna Sieg: Najnowsza Pani książka, „Pochłaniacz”, to już siódma pozycja w Pani dorobku. Została Pani okrzyknięta „Królową Polskiego Kryminału” – rzeczywiście tak się Pani czuje?
Katarzyna Bonda: Bez przesady. Nie czuję się królową, ani nawet małą księżniczką, choć ludzie mają mnie czasami w pierwszym kontakcie za osobę bardzo pewną siebie, nawet zarozumiałą. Owszem, znam swoją wartość, wiem ile mogę i czego nie mogę, a to ważna wiedza nie tylko w literaturze, ale i w życiu. Potrafię też dostrzec różnicę między dobrym a złym produktem gatunkowym (jakim jest w gruncie rzeczy kryminał). Nie wynika to z pychy, lecz z faktu, że przez pewien czas – kilka lat po odejściu z dziennikarstwa, mając na koncie już kilka książek, a także grono swoich wiernych fanów – nie pisałam, ale uczyłam się opowiadać i to nie tylko w Polsce, głównie za granicą. W tym czasie skończyłam również studia scenariuszowe i mocno weszłam do branży filmowej. Jestem prawdopodobnie najbardziej wykształconą pisarką gatunkową w Polsce. Widzę szwy w fabule, potrafię znaleźć i wyeliminować mankamenty, co nie znaczy, że nie męczę się w procesie twórczym, kiedy sama piszę. To właśnie „Pochłaniacz” jest efektem mojej wytężonej pracy nad opowieścią. „Królowanie” traktuję jednak mimo wszystko bardzo serio. Nie ma i nie widzę na rynku nikogo podobnego do mnie, choć wielu próbuje swoich sił choćby z postacią profilera. A bycie oryginalnym i bliskim sobie samemu uważam za najważniejszą wartość – zwłaszcza dla zawodowego autora. Na razie mnie koronowano, teraz powalczę kolejnymi książkami o utrzymanie tronu. Tak naprawdę wszystko zależy od czytelników. Innej miary nie ma i nie będzie.

Joanna Sieg: Pani jako pierwsza wprowadziła do polskiej literatury kryminalnej nowy typ detektywa – psychologa policyjnego, czyli profilera, o którym Pani wspomniała. Czy decydując się na to sądziła Pani, że to przyniesie tak duży sukces Pani książkom?
Katarzyna Bonda: Nigdy nie myślę komercyjnie, chociaż oczywiście biorę pod uwagę sprzedaż książki. Tego m.in. uczą na studiach creative writing amerykańscy advisorzy, pod których kierunkiem „temperowałam” swoją butę (tak, byłam kiedyś głupio zarozumiała, myśląc, że skoro wydałam kilka książek to trzeba mnie szanować – to była blaga i odszczekuję to wszystko dziś, w gruncie rzeczy jestem skromna i pokorna – ale nie wobec splendoru czy pochwał, lecz dzieła, jakie mam aktualnie na warsztacie). Chodzi bardziej o dostrzeżenie w rzeczywistości elementu fabularnego, który jeszcze nie jest ograny. Którego po prostu nie ma na rynku. Jeśli jest bliski autorowi, może skupić się na sztuce. Komercyjny sukces przyjdzie sam, jak widać po bestsellerowym już „Pochłaniaczu”.

Joanna Sieg: Pani inna książka, mianowicie „Polskie Morderczynie” to niemalże kultowa pozycja. Z jakim nastawieniem podchodziła Pani do swoich rozmówczyń, mając świadomość, że są to kobiety skazane, które rzeczywiście popełniły zbrodnię? Czy był to strach? Złość? Próba zrozumienia ich działania? Czy może jeszcze coś innego?
Katarzyna Bonda: Nie jestem w stanie odpowiedzieć jednym słowem. Najpierw miał być pojedynek, czyli wściekłość, złość, niezgoda - chciałam wiedzieć, co mają lub czego nie mają w sobie normalne (czytaj: słabe, jak wtedy sądziłam) kobiety. Pragnęłam zmierzyć się z nimi, dać im radę, chciałam powalczyć i wygrać oczywiście, bo uważałam siebie za przedstawicielkę jasnej strony mocy. Ale pod spodem musiał być podświadomy lęk, choć wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy.  Kiedy patrzyłam na nie na salach sądowych nie rozumiałam ich, choć wiedziałam o nich praktycznie wszystko, znałam najdrobniejszy element życiorysu. I myślałam, że one są wyzute z uczuć, że są niczym Lady Makbet. Potem – już przy pierwszym spotkaniu z Szymańską – zrozumiałam, że byłam naiwna. Że to kalka jaką sprzedają nam w serialach i tanich programach sensacyjnych w telewizji. To, co one miały w sobie, to właśnie słabość, paraliżujący lęk, niewiarę w dobro, miłość, sprawiedliwość. Te kobiety często nie zaznały szczęścia, nigdy nie były dowartościowane, pewne siebie, po prostu kochane. Nikt nie zapewnił im poczucia bezpieczeństwa. Moje emocje wobec nich się zmieniały: od złości po zrozumienie, współczucie, litość, a wreszcie rozczarowanie. Bo tam nie ma nic pod spodem, żadnej magii, żadnego Lorda Vadera. Tylko smutek i żal, że to one są ofiarami kogoś (czasem bardzo wielu osób) i teraz tę agresję oddają. Niektóre z tych kobiet udało mi się nawet zrozumieć, w sensie ich motywacji, co uważam za szczyt humanizmu.

Joanna Sieg: Czy do rozmów z nimi przygotowała się Pani w jakiś szczególny sposób?
Katarzyna Bonda: Tak, na początku. Konsultowałam się nawet w temacie jak mam się ubrać. Żadnych ozdób, kobiecości, żadnego odkrywania ciała, rozpuszczonych włosów – taki dostałam rozkaz. To była głupota. Szybko to pojęłam. Potem rozmawiałam z nimi jak z normalnymi ludźmi, jak z kobietami, bohaterkami mojej opowieści. Bo to opowieść o złamanych kobietach, które los zaprowadził na rozstaje i podjęły wiele błędnych decyzji, które w efekcie doprowadziły je do sytuacji krytycznej, czyli zbrodni. W przypadku zabójstwa jakaś cząstka człowieka umiera też w sprawcy. Nigdy już nie będzie mógł zawrócić – zostaje naznaczony. 

Joanna Sieg: Czy po rozmowach z nimi zmieniła się Pani perspektywa i spojrzenie na kobiety, które dopuszczają się najgorszej zbrodni, czyli morderstwa?
Katarzyna Bonda: Kobiety, które dokonują zbrodni same były kiedyś ofiarami. Zabijanie nie leży w ich naturze. Ktoś kiedyś je złamał i nie umiały lub nie dostały wsparcia, by traumę przeżyć, a potem zamknęły się w skorupie, w obronie przed światem. Takie zamknięcie rodzi wewnętrzny bunt, którzy przejawia się m.in. agresją. Takie kobiety często są niedojrzałe, popadają w nałogi, złe związki (bo bardzo rozpaczliwie pragną miłości i mylą ją z namiętnością, chwilowym pożądaniem, czy nawet uzależnieniem). Zresztą to właśnie brak miłości jest ich głównym katalizatorem.

Joanna Sieg: Na Pani stronie internetowej znalazłam cytat: „Nikt nie może zawrócić, ale każdy może zacząć jeszcze raz i stworzyć całkiem nowe zakończenie”. Uniwersalna myśl. Czy myśli Pani czasem w ten sposób o swoich rozmówczyniach z książki „Polskie Morderczynie”? Że one mogą zacząć życie jeszcze raz? Mimo że przesiadują długie wyroki?
Katarzyna Bonda: Tak, po odpowiedniej terapii, przyjęciu na siebie winy, odkupieniu – to możliwe. Ale już jako naznaczone, często trędowate, zawsze będą poza nawiasem społeczeństwa – zwłaszcza, jeśli nie dostaną wsparcia w rodzinie czy bliskich. Mówię tutaj nie o intelektualnych możliwościach, które często posiadają, ale emocjonalnych kwestiach. Jeśli one same nie przyjmą na siebie winy, nikt im nie pomoże. To podstawa. Potrzebny też jest czas. Nie jestem za karą śmierci. Wierzę w ludzkie dobro, wierzę w przemianę, ale dzieje się to niezwykle rzadko. To bardzo szeroki temat. Dlatego piszę takie grube książki. Fachowcy mówią, że moje kryminały są właśnie o tym. Opowiadam o tym czy i jak przywrócić równowagę, jak znaleźć siebie na nowo. Całkiem nowe zakończenie nie zawsze jest takie oczywiste dla osoby – bohatera dramatu.

Joanna Sieg: Zapytam wprost. Katarzyna Waśniewska, gorące nazwisko ostatnich kilkunastu miesięcy. Zastanawiała się Pani nad tym, czy nie napisać książki o niej?
Katarzyna Bonda: Miałam kilka takich propozycji. Nawet za spore pieniądze. Konsekwentnie odmawiałam. Nie mogłam znieść tego serialu „o matce Madzi”. To media ją stworzyły, wykreowały i pozwoliły jej zaistnieć. Gdybym ją włączyła do mojej książki byłby to rozdział „Próżność/Pycha”, ale zrobiłabym to po odsiedzeniu przez nią minimum siedmiu lat wyroku – wtedy bym się jej przyjrzała. Na pewno nie teraz, bo to, co obserwowaliśmy przez kilkanaście miesięcy, to nieprawdziwy obraz kobiety-wampira. Ona jest tak naprawdę klasycznym przykładem ofiary, wręcz książkowym, mogłaby służyć za przykład studentom. Ta kobieta dla wszystkich zawsze była nikim, nikogo nie obchodziła, kiedy więc media się nią zainteresowały, chwyciła się tego i zgodziła na „pięć minut”, nawet w tym „ciemnym” kontekście. To dowodzi tego jak bardzo jest poraniona, jak mało szanuje sama siebie.

Joanna Sieg: Pewnie to będzie pytanie retoryczne, ale skuszę się, aby je zadać: lubi Pani filmy kryminalne? Jakieś ulubione pozycje?
Katarzyna Bonda: Oczywiście, że je oglądam, ale bez przesady. Nie jestem maniaczką. Zresztą rzadko zdarza się coś dobrego, a w Polsce – wcale. Moim ulubionym kryminałem filmowym jest „Chinatown” Romana Polańskiego. Takie kryminały lubię, ale już się takich nie robi.

Joanna Sieg: Na zakończenie pytanie o Szkołę Mistrzów Pióra w Collegium Civitas. Uczy Pani młodych ludzi jak pisać. Nie boi się Pani, że kiedyś uczeń przerośnie Mistrza i wyhoduje sobie Pani konkurencję na własnej piersi?
Katarzyna Bonda: Nie. A to dlatego, że nie mogę podzielić się z nikim moim talentem, tak jak nie mogę mu go zabrać. Mogę podzielić się warsztatem, jak ze mną dzielili się Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi, czy Niemcy. Nikt na zachodzie nie strzeże swojej wiedzy jakby to było jajo Faberge, bo to są rzeczy oczywiste. Im ludzie będą bardziej świadomi struktury, narracji, kompozycji i języka, tym lepsze książki mogą pisać. Nie będzie chłamu, opowieści płaskich, bez znaczenia, jakie zalewają nasz rynek. Umiejętność snucia opowieści to rzecz inna – wymaga daru i nie każdy go ma. A jeśli moi uczniowie wydają książki (jest ich już spora gromadka) jestem tylko dumna, że się do tego przyczyniłam i życzę im powodzenia na dalszej drodze. Miło jest być Mistrzem, zapewniam. Ale nie odlatuję z tego powodu w niebyt, nie wywyższam się. To dowodzi tylko, że mam świadomość mankamentów i zalet swojego zawodu i mogę czasami bywać artystą. Ponadto to jest bardzo przyjemne. Uczenie, a raczej odkrywanie przed ludźmi sekretów pisania, sprawia, że mam pokorę wobec prawdziwego talentu. Zdarzają się tacy, choć czasami brak im determinacji, by książkę skończyć. Dodam też, że denerwuje mnie to, kiedy uznani twórcy odgradzają się przed młodymi adeptami murem i nie chcą niczego zdradzić, zawłaszczając sobie tytuł geniusza. Nikt w pisaniu nie jest genialny, to nie matematyka. Każdy z nas jest jak debiutant, kiedy pisze coś swojego, bo każda książka to inna opowieść. A jeśli ktoś popada w rutynę i jak skarbu strzeże swojego „patentu” jest bufonem, a nie pisarzem. Pisarz zaś to współczesny mędrzec. Wie, że dawanie oznacza otrzymywanie. Tego właśnie doświadczam od moich uczniów.

Z Katarzyną Bondą rozmawiała Joanna Sieg
(joanna.sieg@dlalejdis.pl)

Fot. B. Syta



Facebook
 

COUNT:33