Zapominamy jednak, że żyli oni w całkiem innej epoce i cenili inne ideały. Świat siłą rzeczy musi się rozwijać i zmieniać.
Poszukiwania samego siebie
Dom, mieszkanie czy nawet pokój, to pewnego rodzaju azyl. Zamykając drzwi, zostajemy sam na sam z prawdziwym „ja”, drzemiącym w naszych wnętrzach. Nie musimy być na siłę mili, grzeczni i uprzejmi, bo nikt nas już nie widzi. Nikt nas nie słyszy i nikt nie kontroluje. Włączamy głośno muzykę, którą kochamy. Robimy to bez obawy, że ktoś podsłucha, zauważy, wyśmieje. Spod łóżka wyciągamy ulubioną pluszową zabawkę i mocno się do niej przytulamy. Robimy i mówimy rzeczy, o które nie podejrzewaliby nas nawet najbliżsi.
To ważne, by od czasu do czasu móc zaczerpnąć powietrza w samotności. Nasze prawdziwe, ukryte wnętrze, często gotuje się ze złości i czeka na rozładowanie. Wyrażanie siebie jest potrzebą fizyczną. Bycie sobą to największy relaks, jakiego tylko możemy doznać. We własnym domu czy na pustkowiu, nie ogranicza nas żaden kodeks i żadne prawa. Pozwalamy sobie na okrucieństwo – stajemy się ofiarami własnej agresji (wyładowujemy stres, złość i niepowodzenia na słabszych), na spożywanie alkoholu w ogromnych ilościach – uzależniamy się, ale także na głośne śpiewanie – spełniamy się artystycznie, pisanie – dajemy upust niespełnionym marzeniom i wiele, wiele innych – pożytecznych i zupełnie niegroźnych namiętności.
Wewnętrzny potwór
Nie zawsze to ukryte „ja” jest dobre. Czasem samotność pielęgnuje w naszym wnętrzu potwora. W związku z licznymi niepowodzeniami w pracy, możemy próbować wyżywać się na rodzinie lub znajomych. Ludzie pozornie cisi i spokojni, w czterech ścianach własnych mieszkań przemieniają się w tyranów i agresorów. Bez względu na to, jakie uczucia kiełkują, kiedy nie patrzą inni, zawsze są szczere i najlepiej charakteryzują prawdziwych nas. Problem w tym, że nikt się do nich nie przyznaje i tym sposobem przemieniamy siebie w kogoś, kim chcielibyśmy być. Staramy się żyć schematycznie, by zostać dobrze odbieranymi przez otoczenie. Nie potrzebujemy wyrastania ponad normę, ani bycia wyjątkowymi. Nie staramy się być sobą, ale kreować siebie – sztucznych osobowości ukrytych w naszych ciałach. Gramy w wielkim przedstawieniu zwanym „życie”. Nasze postacie tylko noszą nasze nazwiska. Samych aktorów spychamy na drugi plan, zapominając, że bez nich nie byłoby bohaterów.
Gdyby świat nie ograniczał człowieka do roli „dobrego, przykładnego obywatela”, bylibyśmy o wiele mniej zestresowani. Nie martwilibyśmy się, co nam wypada zrobić, a czego nie. Stalibyśmy się bardziej otwarci i energiczni. Mielibyśmy szansę okazywać innym prawdziwe uczucia bez ograniczeń i ustaleń, jak i co powinno wyglądać, od czego powinno się zacząć, a na czym wypada zakończyć. Przestrzeń samotności zlałaby się w jedność z przestrzenią codzienności i myślę, że ludzie poczuliby się bardziej szczęśliwi i – przede wszystkim – wolni.
Olga Kublik
(redakcja@kobieta30.pl)